Blog
różności
Animela
Animela Animela@wp.pl
39 obserwujących 1240 notek 1604802 odsłony
Animela, 25 marca 2016 r.

Odrzuty z eksportu, czyli moda w PRL

1672 39 0 A A A

Ostatnimi czasy rzuciły mi się w oczy dwie książki na temat mody w PRL. Przeczytałam fragmenty w internecie, ale nie zdecydowałam się kupić żadnej z nich - natomiast sprawiły one, że zaczęłam się zastanawiać, jakie są moje własne wspomnienia dotyczące ubierania się "za komuny"? ...

Oczywiście, nie ulega wątpliwości, że były to BARDZO zgrzebne lata: zwłaszcza dla dziewczyny mieszkającej na prowinicji i mającej niebogatych rodziców. Inna sprawa, że nie było też jakoś fatalnie, ale to głównie z tego powodu, że prawie naprzeciwko okien naszego mieszkania znajdował się tzw. "sklep artykułów czwórbranży", gdzie można było kupić i ubrania, i buty, i materiał z metra ... a sklepowa z jakiegoś powodu uwielbiała moją młodszą siostrę. Ilekroć więc była dostawa atrakcyjnego dla dwóch dziewczynek towaru, sklepowa przez jakiegoś umyślnego dawała znać, żebyśmy przyszły i wybrały sobie to, czego chcemy (ja była na przyczepką do siostry, ale nie narzekałam ...). W ten sposób miewałyśmy, jak na tamte czasy, całkiem znośne ubrania i buty ,,, nie, buty czasem trafiały się wręcz obłędne! Supermodne, jak z telewizji :)

No, i była ta gorsza część mody ubraniowej: kupowanie materiału i szycie u krawcowej. Obie z siostrą byłyśmy pod tym względem wyjątkowo zgodne: to STRASZNY obciach! ...  Dorosłe panie, owszem, chodziły do tej krawcowej (która była naprawdę znakomita, ale wtedy tego nie doceniałyśy ...), ale dziewczynki - nie! Nasze koleżanki tylko do komunii miały szyte sukienki (zresztą - skopiowane z kroju, która wymyśliła (lub może podpatrzyła gdzieś?) nasza mama. Bo mama ubierała się bardzo ładnie i raczej chyba nic nie kupowała gotowego ... Do tej pory nie mogę odżałować, że przy jakiejś okazji wyrzuciłam jej garsonkę, prześliczną, chanelowską ... Nawet płaszcze i JESIONKI (tak to się kiedyś nazywało - płaszcze zimowe) miałyśmy szyte u krawcowej ... To było takie straszne, że w końcu się zbuntowałyśmy (pod koniec podstawówki) i skończyła się krawcowa. Zaczął się za to (niezmiernie rzadko, bo - jak wspomniałam - rodzice nie byli zamożni, a tam płaciło się dolarami lub bonami - ale obie z siostrą byłyśmy przedsiębiorcze i wcześnie zaczęłyśmy same zarabiać na swoje fanaberie) Pewex. Rzadko? Kilka razy zaledwie, ale i tak te cudownie piękne (he, he, he ...) szmatki nosiłyśmy z dumą urodzonych księżniczek!

A na początku liceum siostra wzięła sprawy we własne ręce, zdobyła kilka "Burd" z wykrojami i zaczęła sama szyć ciuszki. Dla siebie, ale mi pożyczała :) W liceum te dziewczynki, które chciały dobrze wyglądać, a rodziców nie stać było na Pewex czy Rembertów, a przy tym miały trochę "drygu" do szycia, same sobie szyły. Rodzice mieli nawet maszynę do szycia, więc trochę na tej maszynie, trochę ręcznie, z pomocą wykrojów z niemieckego pisma ... Cud, że siotra poszła na studia, zamiast zająć się krawieczyzną :)

W szkole średniej okryłyśmy też bazary: warszawski, Różyckiego, i - zwłaszcza - w Rembertowie. To były wyprawy, na które jeździło się bardzo rzadko, z rodzicami, a potem - z koleżankami. Zwłaszcza wspólna przyjaciółka odkryła przed nami nowe horyzonty, ponieważ potrafiła się TARGOWAĆ!

No a potem, gdy zamieszkałyśmy w Warszawie, to już biegało się do Hoflandu, gdzie były dwie możliwości: albo nie było nic, albo - zwarte tłumy. A tam już nie było zaprzyjaźnionej sklepowej, która uważałby sobie za punkt honoru ubrać moją siostrę jak PRL-owską księżniczkę ...

... i tym sposobem wróciłyśmy, na pewien czas, do krawcowej naszej mamy. Wtedy już nam nie zależało, by mieć identyczną spódniczkę jak wszystkie koleżanki z klasy: przeciwnie, chciałyśmy się wyróżniać, i to na plus, a dobra krawcowa nam to gwarantowała. I była - proszę to sobie wyobrazić - niedroga! Z tym, że potem ciężko zachorowała i przestała szyć.

No i właśnie wtedy skądś się dowiedziałyśmy, że na Pradze jest sklep z ODRZUTAMI Z PORTU! ... Dzisiejszej młodzieży trudno będzie w to uwierzyć, ale to, co nie nadawało się za granicę, sprzedawało się w Polsce, i to za naprawdę rozsądne pieniądze!

(Swoją drogą - ciekawa jestem, kto prowadził ten sklep. W tamtych czasach dostęp do takich rzeczy nie był łatwy ... ale jestem tej osobie wdzięczna do grobowej deski!).

Odrzuty ... tak to się mówiło. W gruncie rzeczy ciuchy były nienaganne i oko kogoś takiego, jak ja, nie widziało różnicy. Siostra potrafiła bezbłędnie wychwicić każdą niestaranność szwu, ale przysięgam: to NAPRAWDĘ było niewidoczne!

Okres "odrzutów" potrwał stosunkowo krótko (dwa? trzy? może cztery lata), a potem nastąpiły przemiany, które miały to do siebie, że dla przeciętnych zjadaczy chleba były BARDZO biedne. Jako początkujące pracownice zarabiałyśmy grosze, panowała hiperinflacja, a ministrowie finansów kombinowali w sposób tak obrzydliwy ... nie.

To jest notka zupełnie apolityczna.

Wszystkim, którzy kiedykolwiek odwiedzili ten blog; wszytkim, z którymi miałam przyjemność wymieniać poglądy; wszystkim, których odwiedziałam w ich małych blogowych królestwach - im wszystkim, ich rodzinom i przyjaciołom - życzę przepięknych, rodzinnych, radosnych, zdrowych i kolorowych Świąt Wielkiej Nocy!

A sobie przy tej okazji życzę dużo większej wyrozumiałości, niż mam w tej chwili (choć pracuję nad sobą!), bo czuję, że nadchodzące miesiące dadzą nam prawdziwy sprawdzian cierpliwości!

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Rozmaitości