Blog
różności
Animela
Animela Animela@wp.pl
39 obserwujących 1240 notek 1604802 odsłony
Animela, 8 maja 2017 r.

Obiady w PRL

1242 60 1 A A A

Nie będę kłamać, że codziennie mieliśmy na obiad dwa dania i deser, a każdy posiłek był celebracją przy pięknie przystrojonym stole, kwiatach i świecach. Rodzice pracowali (sześć dni w tygodniu - dopiero w połowie lat siedemdziesiątych wprowadzono JEDNĄ wolną sobotę w miesiącu), więc obie z siostrą byłyśmy klucznicami, które w dodatku szybko musiały opanować haut cuisine :) No więc - najczęściej w tygodniu podstawą wyżywienia były zupy. Najczęściej takie treściwe: kapuśniak, fasolowa, grochowa, krupnik ... taki eintop, w kładką jarzynową, węglowodanową i mięsną. Zupa i drugie danie w jednym. Krupnik zazwyczaj na podrobach, fasolowa i grochowa najczęściej na wędzonych żeberkach lub kiełbasie (w okolicach poświątecznych też i na resztkach wędlin), a kapuśniak najczęściej z jakąś golonką, też żeberkami, kiełbasą ... albo resztkami pieczeni czy z rosołu. Bo nic się nie marnowało: aprowizacja była trudna i ktoś, kto by wyrzucał jedzenie, mógłby chyba trafić do psychiatryka!

(To zdumiewające, ale śmieci w czasach mojej młodości wyrzucało się raptem raz na kilka dni - i to wszystkie razem: odpady kuchenne, plastiki, papiery, butelki ... po prostu odpadów było wówczas WIELOKRROTNIE mniej, niż obecnie, gdy wszystko jest pakowane na plastikowych tackach. Wówczas mleko kupowało się w butelkach zwrotnych!)

Sobota, kiedy to pracowało się "tylko" do trzynastej, służyła do cotygodniowego gruntowego sprzątania (znów ja i siostra służyłyśmy za służbę pańszczyźnianą, bo lekcje tego dnia kończyłyśmy znacznie wcześniej, niż rodzice pracę), ale też do wstępnych przygotowań do NIEDZIELI. Właśnie w sobotę trzeba było oskubać i wypatroszyć kupioną kurę (kurę, piszę, nie żadnego tam kurczaka!), a jeszcze lepiej - koguta. Oczywiście, też niemłodego, bo nikt nie pozbywał się kur, dopóki znosiły jajka, i kogutów,, dopóki mogły obsługiwać swój harem (ptak po oskubaniu musiał leżeć w chłodzie co najmniej 12 godzin). Nie tak dawno, u cioci na wsi, miałam okazję jeść rosół z koguta - takiego domowego, zagrodowego, co to jeszcze dwa dni wcześniej wskakiwał na płot i piał - i muszę przyznać, że jest to smak, którego dzisiejsi młodzi ludzie już nie znają. A szkoda, bo to poezja smaku i zapachu!

No, ale w sobotę robiło się też ciasto na niedzielę - a w gruncie rzeczy: dwa ciasta (dobrze, że rodzice mieli dwa prodiże!), bo jedno bywało zjadane podczas sobotniego seansu filmowego (ach, te westerny ... dziś bym już nie strawiła takich filmów, ale wtedy ...).

(Gwoli ścisłości: czasem rosół przygotowywano z wołowiny - zresztą mój tata uważał, że najlepszy jest rosół z co najmniej kilku rodzajów wołowiny (zawsze z kością, najlepiej: szpikową), koguta i ... kawałka wieprzowiny (mój teść serdecznie nie podzielał tego poglądu, ale rosół moich rodziców zjadał niczym greccy bogowie ambrozję!).

Sobotnie popołudnia, dzięki rozpuście wcześniejszego końca pracy, dawały też możliwość przygotowywania potraw pracochłonnych, które się robiło w wielkich kotłach, a następnie mroziło lub wekowało (albo - przechowywało w lodówce i odgrzewało sukcesywnie), jako to: gołąbków, pyz czy (uwielbianych w naszej rodzinie) szarych klusek.

No a już w niedzielę przygotowane wcześniej mięso wrzucało się do gara, dorzucało hojnie włoszczyzny (prawie przez cały rok z własnego ogródka), gotowało rosół i można było się zastanowić, co podać do rosołu i dlaczego ziemniaki :) A przez calusieńki rok absolutnie obowiązkowy garnirunkiem i do rosołu, i do każdej zupy, i do drugiego dania była natka pietruszki i koperku oraz szczypiorek - bo począwszy od końca lata aż do pełni wiosny skrzynki z takimi uprawami rodzice mieli na parapetach.

Mięso z rosołu albo się jadło do drugiego dania bez zbędnego ambarasu, po prostu - ugotowane w cudownie aromatycznym rosole, albo - czasem, dla odmiany, naprawdę rzadko, bo to rosołowe mięso było naprawdę najlepsze na świecie - obsmażało się je na patelni na rumiano. Dodatkiem bywała mizeria z ogórka lub sałaty - z wiejską śmietaną słodko-kwaśną - albo to, co wyrosło w ogródku lub udało się kupić (sezonowo - wyłącznie sezonowo ... takie to były czasy!). Zimą - buraczki zasmażane lub takaż kapusta, marchewka z groszkiem, grzyby "na słodko" ze słoika, kiszona kapusta, kiszone ogórki, kiszone lub marynowane grzyby, papryka marynowana, pikle ogórkowe, korniszony, fasolka szparagowa ze słoika .. Lubiana była zimą surówka z jabłek, ogórków kiszonych i cebuli albo, to już specjalnie dla dzieci, marchew i jabłko tarte na tarce o drobnych oczkach.

Latem, jak już mówiłam, sałata albo ogórek, młody kalafior w wody z masłem i bułką (niestety - wówczas to było połączenie nierozłączne). Albo rzodkiewka ze szczypiorkiem, albo patioson z wody. Albo młodziutkie warzywa, prosto z warzywnika, pieczone razem z niedzielnym kurczakiem - takim prawdziwym, kilkutygodniowym, który po półgodzinie pieczenia w piekarniku dosłownie rozpływał się w ustach ....

A  przecież mamy jeszcze majowy rabarbar i majowe pierwsze truskawki, z których robiło się napój schładzany w lodówce (ale owoce też się wyjadało, a jakże - po przednówku wszyscy byli złaknieni każdego kawałeczka świeżych owoców i warzyw! No i desery na bazie owoców: galaretki, ciasta, bita śmietana ...

I niech mi ktoś powie, że wszystko w PRL było złe!


Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Rozmaitości